Jak dawno mnie tu nie było! Minęła jesień i zima, wkrótce skończy się wiosna... Wracam.
Nasz ogród został zamieszkany przez dziesiątki, może setki ptaków. Urocze jest budzenie się przy ich śpiewie — mniej nas urzeka to, że zjadają absolutnie wszystkie małe owoce, na które my przecież też czekamy... Minionej jesieni nie udało nam się zdążyć przed nimi na kiwi i winogrona. Gniazda są w każdym zakamarku. Tu na krzaku kaliny, parę tygodni temu:
Tu przy jagodzie kamczackiej (łatwo się więc domyślić, kto był pierwszy, gdy właśnie dojrzały owoce):
A tu pośród nieprzyciętych — rzecz jasna ze względu na dobro naszych śpiewających współmieszkańców — pędów winogron:
Jednak kiwi (właściwie aktinidia) na altance właśnie kwitnie i sprawia wrażenie, jakby i nas chciała za kilka miesięcy poczęstować owocami:
Podobno najskuteczniejsza i najbardziej humanitarna metoda to ustawienie stracha na wróble. Jest więc strach — jednak z powodu upału nie doszedł do altanki, padł ze zmęczenia i na ławce czeka na cień, który pojawi się tu na jakąś godzinę-dwie...
Całe szczęście, że nie ma gołej głowy...
I tak sprawa ratowania owoców kiwi dla naszych podniebień na razie zeszła na dalszy plan...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz